Pablopavo & Ludziki


Pablopavo z zespołem zagrali 30 kwietnia jako support przed Gentleman'em. Na żywo słyszałem ich po raz pierwszy. Bardzo miłe zaskoczenie...
Wokalista Vavamuffin w nowym projekcie sprawdził się niezwykle dobrze. Pablopavo wspomagał Earl Jacob w śpiewaniu. Razem brzmieli bardzo przyjemnie, a ich słowa wpadały w ucho bardzo szybko. Nieźle też wyszło wszystko od strony konferansjerskiej.




Zespół zagrał wiele utworów, które zostały oklaskane z radością, chociażby Jurek Mech, czy Do stu. "Można policzyć di dziesięciu, do dwudziestu, do trzydziestu, (...), do dziewięćdziesięciu, DO STU!" - krzyczał wraz z publicznością wokalista.




Mimo, że zespół grał jako support, to przyciągnął przed barierki całkiem sporą część widowni. I ja się nie dziwię, bo zagrali całkiem przyzwoicie i z energią, która właśnie tych ludzi rozruszała i rozpaliła. Bardzo dobry "rozgrzewacz", ale chętnie wybrałbym się na koncert samego zespołu w jakimś małym klubie. Ogólnie bardzo pozytywnie odebrani, a oni od siebie dali dużo fajnej reggae'owej muzyki.



Pablopavo & Ludziki, Stodoła, 30 kwietnia 2010.
niedziela, 2 maja 2010
Posted by Cochise

Gentleman


To będzie dłuższa relacja, bo aż z dwóch dni. Wszystko jednak dotyczy jednego człowieka, który swoją muzyką wypełnił w piątek Stodołę.
Gentleman - bo o nim mowa - przyjechał po raz kolejny do Polski. Dał dwa koncerty (w Warszawie i Poznaniu). Zacznę jednak od wywiadu, który został przeprowadzony 29 kwietnia na 40 piętrze hotelu Mariott w Warszawie:


Jakie przesłanie niesie Twoja nowa płyta (Gentleman - Diversity)?

Przesłań na nowej płycie jest wiele. Znajdziesz na niej piosenki o miłości, także tej do rodziny. „I got to go” zadedykowałem mojemu synowi. Większość jednak dotyczy społeczeństwa i człowieka. Dokąd zmierzamy, jakie są nasze cele…

Koncert w Warszawie jest drugi, a w Poznaniu trzeci w kolejności w tej trasie. Czy oznacza to, że polska publiczność jest dla Ciebie wyjątkowa?

Tak, zdobyłem tu naprawdę ogromne i miłe doświadczenie. Polska jest dużym krajem, wciąż się rozwijającym.

Masz tu ogromną rzeszę fanów.

Racja. Jestem szczęśliwy, że doceniacie moją muzykę. Jeśli ludzie chcą nas tu widzieć, to będziemy tu wracać!

W maju w Warszawie będzie miał miejsce „Marsz wyzwolenia konopii”. Co sądzisz o takich demonstracjach, popierasz je?

Zdecydowanie wierzę, że jeśli ludzie wychodzą na ulicę i głośno mówią o swoich oczekiwaniach, a ich głos jest słyszany, to są w stanie coś zmienić. Jeśli nikt nic nie mówi, to i nic się nie zmieni. Trzeba próbować. Może pierwsza, a nawet i druga demonstracja nie przyniesie efektów, ale jeśli ludzie się nie poddadzą, to kiedyś się uda. Historia to udowadnia. To ma sens.

Odwiedzasz Jamajkę odkąd byłeś nastolatkiem. Czym jest dla Ciebie to miejsce?

Jamajka jest miejscem z duszą. To ojczyzna muzyki, którą tak kocham i bardzo kreatywne miejsce. Kiedy jestem w Kingston czuje wielką energię. Spotykam wielu muzyków i producentów. To duża wymiana kulturowa i muzyczna. Jamajka jest tez bardzo biednym krajem. Politycy są skorumpowani... może nie wszyscy ale większość. To także kontrowersyjne miejsce pełne przemocy.




Pochodzisz z Niemiec, miejsca dla Jamajczyków odległego. Czy mimo tego czujesz z nimi więź?

Spędziłem na Jamajce pół życia. Pierwszy raz pojechałem tam w wieku 18 lat, teraz mam 36. Ludzie przyzwyczaili się do mnie. Pamiętam jak kiedyś znali moje piosenki z radia i płyt, ale nie wiedzieli, że jestem Niemcem. To nie robi różnicy, bo ludzie na Jamajce słuchają muzyki, słuchają słów. Nie zwracają uwagi na kolor skóry.

Czyli nie miałeś z tego powodu żadnych problemów?

Chyba miałem więcej problemów w Niemczech. Ciągle pytali mnie czemu śpiewam po angielsku, a nie po niemiecku. Ale teraz jest w porządku. Była jedna sytuacja na Jamajce. Podczas koncertu publiczność rzucała na scenę butelki. Może to brzmi dziwnie, ale to był rodzaj przywitania. Nie pomyśleli, że jestem z Niemiec i może nie powinni tego robić, bo przywitano tak wielu artystów.

Znasz język patois. Czy uważasz, ze piosenki reggae powinny być wykonywane w tym języku?

Poznałem muzykę reggae na Jamajce. Mam tam rodzinę i wielu przyjaciół. Gdy tam przebywam, mój angielski akcent zmienia się na bardziej jamajski. To zależy od otoczenia. Kiedy słuchasz mojego nowego albumu „Diversity”, słyszysz, że staram się śpiewać po angielsku tak, by wszyscy mnie zrozumieli. Nie uważam, że trzeba znać patois, by wykonywać muzykę reggae.

Znasz któryś z polskich zespołów reggae?

Moim supportem będzie polski zespół. Jutro mam zamiar udać się do sklepu i kupić trochę polskiej muzyki.

Czy porównujesz czasem jamajskie i europejskie społeczeństwo? Zmieniłbyś coś w europejskim życiu na bardziej jamajskie?


Obydwa społeczeństwa mają dobrą i złą stronę. Moglibyśmy uczyć się jedni od drugich. W Europie brakuje mi dialogu, komunikacji, życia rodzinnego i duchowości. Ludzie żyją zbyt szybko. Spędzają zbyt dużo czasu używając internetowych portali społecznościowych, zamiast patrząc sobie w oczy. To krytykuję. W Jamajce krytykuję przemoc, narkotyki. Tak, jak powiedziałem, moglibyśmy uczyć się jedni od drugich, dla lepszego jutra.

Jestem ciekawa jak Twój ojciec, pastor, postrzega kulturę reggae i co sądził o twoim pomyśle zostania artystą.

Jest dumny. Jest bardzo otwartym człowiekiem, lubi moją muzykę. Istnieje duże podobieństwo miedzy Rastafari, a Biblią. Głęboko wierzę w Boga, ale nie wierze w żadną religię. Moim bogiem nie jest też Selassie*. Wiele uczę się z każdej religii- Chrześcijaństwa, Buddyzmu, czy Islamu. Mój ojciec to akceptuje.

Widzisz wpływ ojca w swoim życiu?

Jezus był naprawdę fajnym gościem, kimś kto może pokazać nam jaką drogą podążać. Nie wierzę w Niebo i Piekło. Myślę, że to raczej stan umysłu. Dzięki pracy ojca myślałem o tym już bardzo wcześnie, dyskutowaliśmy przy rodzinnym stole. Te dyskusje znajdują odbicie w moich tekstach.

Dziękuję za wywiad.

* Haile Selassie I - ostatni cesarz Etiopii. Znany jako symbol religijny ruchu Rastafari, którzy uważają na podstawie Kebra Nagast, że jest ostatnim z biblijnych Mesjaszów oraz wcielonym Bogiem zwanym przez rasta Jah, który przyszedł aby zakończyć wojny na ziemi i zaprowadzić tysiącletnie królestwo pokoju. Haile Selassie znaczy Potęga Trójcy. Cesarz był znany także pod przedkoronacyjnym imieniem jako ras Tafari Makonnen.

Wywiad przeprowadziliśmy razem z koleżanką Olą R., której za współpracę i wsparcie językowe dziekuję :P


Koncert odbył się dzień później - 30 kwietnia. Stodoła była wypełniona po brzegi i ledwo można było znaleźć miejsce, żeby podejść choć trochę bliżej sceny. Około dwudziestej zaczął grać pierwszy support - Pablopavo & Ludziki (zdjęcia i relacja tutaj), a za godzinę na scenę wyszli goście z USA o nazwie Solidiers of Jah Army (czytaj). Oba supporty bardzo mi się podobały, co sprawiało, że byłem (zresztą nie tylko ja) pozytywnie nastawiony i miałem sporo energii, aby doczekać do koncertu Gentlemana.


Zaczęli koło 22:00 po długim nawoływaniu przez publiczność. Gdy tylko Otto wypowiedział pierwsze słowa na sali rozległ się niesamowity hałas. Zaczął małym intrem z mieszanką różnych kawałków a następnie usłyszeliśmy Distant away.




Publiczność każdy kolejny utwór zasypywała oklaskami, nierzadko śpiewając refreny, a nawet zwrotki utworów razem z Gentlemanem. Były też kawałki, w które włączała się pani z chórku, tworząc z głównym wokalistą wspaniały duet.


Koncert trwał prawie do północy. Muzyka z górnej półki - doskonała technicznie i w świetnym wykonaniu - sprawiała, że tłum nie chciał wypuścić zespołu z klubu. Po dwukrotnym bisowaniu jednak byli zmuszeni skapitulować. Jednak to co usłyszeli tego wieczoru pozostanie na długo w pamięci. Leave us alone i Runaway na koniec porozrzucały wszystko i wszystkich jak gnój po polu. Moc i magia...

Trzy bardzo dobre zespoły, wspaniała muzyka reggae (nie wiem jak to się dzieję, ale ona zawsze przynosi tony energii), wypełniona po brzegi Stodoła i dużo, dużo dobrej zabawy. Czego chcieć więcej? Chyba tylko powtórki!



Na koniec jeszcze setlista:
1. Intro (Blessings | No time to play | Dem gone | Good old days)
2. Distant away
3. Good old days

4.Blessings of Jah
5. Diferent places
6. Hold on strong
7. Fast Forward
8. Got to go

9. Love Chant
10. Celebration
11. Jah inna yuh life

12. Regardless
13. Bridge over wall

14. The focus
15. Everlasting love
16. Intoxication
17. Thinking about you

18. Leader (Mamaash)
19. Lonely days
20. Jah love
21. Superior
22. Lack of love
23. Intentions

24. What you think (Tamika)
25. Finish line

26. No time to play
27. Another melody
28. Face off

29. It nuh pretty
30. Dem gone
31. Leave us alone
32. Runaway
33. Nothing a change

Setlista może się trochę nie zgadzać, bo jest spisana z kartki, którą miał przed sobą Gentleman. Wykonanie na koncercie mogło się różnić w zależności od jego zachcianek.

P.S. I jak na złość akurat na ostatnim koncercie światło było beznadziejne, co widać na zdjęciach. Supporty miały świetne. :)


Gentleman, 30 kwietnia 2010, Stodoła
Posted by Cochise

Czesław Śpiewa


Środowy wieczór zdecydowanie należał do pana Mozila. 28 kwietnia w warszawskiej Stodole wystąpił zespół Czesław Śpiewa, a klub prawie pękał w szwach. Nie dziwota, bo znany i lubiany "duńczyk" promował swoją najnowszą, jeszcze ciepłą płytę "Pop".
Około godziny 20:30 zaczęło się niesamowite, wręcz bajkowe przedstawienie. Jak powiedział Tomasz Lipiński o Czesławie: "Jego wrażliwość na dźwięki i słowa sprawia, że albo go kochasz, albo go nie znasz". Tego wieczoru miałem wrażenie, że znali go wszyscy, a spora część kochała.




Teksty z pierwszej płyty znałem prawie wszystkie na pamięć i nie za sprawą tego, że się uczyłem. Ta muzyka sama wpada w ucho a słowa zapamiętują się same. Drugą płytę - nową - przesłuchałem kilkanaście razy od jej wydania. Tak samo dobra jak jej poprzedniczka. Na koncercie wszystkie utwory zagrane przez Czesława wypadły świetnie. Kto jeszcze go nie słyszał to radzę zdobyć krążek!


Czesław rzucał ze sceny żartami, a czasami rozmawiał z publicznością. Od razu nawiązała się obustronna sympatia, przy której zabawa była niesamowita. Bardzo spodobało się wyjaśnienie nazwy jednego z utworów: "To się nazywało When daddy leave mommy ale tłumacz przetłumaczył to jako Kiedy tatuś sypiał z mamą i zostało..." - opowiadał Czesław.

Wielki aplauz Czesio dostał gdy poprosił oświetleniowca: "czy można prosić pana od świateł, abym mogł... zobaczyć... dla kogo gramy?". Z jego skrzecząco-piskliwym głosem zabrzmiało to komicznie, ale bardzo miło.




Było dużo radości, śmiechu, oklasków i tego co fani Czesława lubią najbardziej - dobrej muzyki z doskonałymi tekstami. Usłyszeliśmy trochę z pierwszej płyty, większą część drugiej (z kilkoma jeszcze z czasów Tesco Value: Caesia & Ruben, O tych w Krakowie). Była Żabka, Maszynka do świerkania, Tyłem do przodka - ze "staroci" i Krucha blondynka, wspomniany wcześniej kawałek Kiedy tatuś sypiał z mamą, oraz W sam raz, Caravan i kilka innych z nowej płyty.


Koncert trwał ponad godzinę i przedłużony był jeszcze o dwa bisy. W czasie pierwszego wznowienia Czesław sam zagrał na akordeonie i zaśpiewał, poprzedzając wszystko komentarzem: "Są piosenki, które są smutne, a wszyscy się śmieją. Teraz też tak będzie. Ja się śmieję, że oho ho..." - historia miłości chłopczyka i dziewczynki.

Drugi bis to ponowne przypomnienie pierwszego krążka - Kradzież cukierka i Mieszko i Dobrawa Jako Początek Państwa Polskiego. Po tych dwóch utworach wszyscy się rozeszli, chociaż nie sądzę, żeby mieli dość sympatycznego Czesława i jego śpiewająco-grającego zespołu. Było bardzo pozytywnie, muzycznie jak zawsze świetnie i ludzie się wspaniale bawili przy czesiowej muzyce. Jest to jeden z niewielu koncertów, które mógłbym powtarzać w nieskończoność.




Jeśli jeszcze ktoś nie był i nie widział "Śpiewającego Czesława" to musi koniecznie kupić bilet na najbliższy koncert. Nie ma na co czekać. Ja byłem zachwycony...

Więcej zdjęć tutaj.

Czesław Śpiewa, Stodoła, 28 kwietnia 2010.
czwartek, 29 kwietnia 2010
Posted by Cochise

La Coka Nostra


26 kwietnia (po dłuższej koncertowej przerwie w Stolicy) w Stodole pojawiła się legenda rapu - La Coka Nostra. Wspierana była przez szczecińską formację PMM.
Jako, że PMM nie przypadł mi kompletnie do gustu nie wrzucę zdjęć. Dwóch facetów zaprezentowało pijacko-żenujący poziom muzyczny i wizualny. Niestety.




Za to gwiazda wieczoru pokazała, że przemawia jeszcze przez nich House of Pain. Można było poczuć moc i energię tej muzyki.







Mi się podobało. Zagrali prawie wszystko co chciałem i zabrzmieli dużo lepiej niż na płytach, co się wielce ceni. Znakomity koncert. Porywający i ekscytujący w każdej minucie.




Ceny biletów mogły odstraszać, bo trzeba było wydać 110zł, ale myślę, że warto zobaczyć coś co nie jest marnym hip-hopem z polskich ulic. Bo nasi artyści prezentują poziom niski (oczywiście są wyjątki). La Coka Nostra to wielka energia, pięciu wielkich chłopów i kawał porządnej, mocnej i co najważniejsze dobrej muzyki.

Więcej zdjęć tutaj


La Coka Nostra (+PMM), Stodoła, 26 kwietnia 2010r.
poniedziałek, 26 kwietnia 2010
Posted by Cochise

Vavamuffin


Dawno nie byłem na koncercie reggae, a tu nagle trafia się w Warszawie jedna z najlepszych polskich grup. Vavamuffin dało upust pozytywnej energii w klubie Proxima. Jako support wystąpił zespół Raggamoova (zdjęcia tutaj) i dał równie wspaniały występ co gwiazda wieczoru.

Brakowało w zespole Gorga, który podobno zachorował i nie mógł wystąpić. Ale dwóch pozostałych wokalistów: Reggaenerator i Pablopavo dawało radę i świetnie zakrywali dziurę po Gorgu.


Zaczęli kawałkiem "VavaTo" i natychmiast rozgrzali tłum, który przybył do Proximy. Pozytywna i potężna energia biła ze sceny. Publiczność szalała, wsłuchiwała się i śpiewała razem z Vavamuffin. A sam zespół (z tego co było widać) bardzo dobrze się bawił na scenie.


Wszystko ładnie, pięknie, kilka kawałków z nowej płyty, która ukaże się już niedługo. Moc, zabawa i naprawdę dobry koncert!












Vavamuffin, Proxima, 8 kwietnia 2010.
piątek, 9 kwietnia 2010
Posted by Cochise

Raggamoova


Zespół Raggamoova zagrał support przez Vavamuffin. Zdjęcia z głównej atrakcji wieczoru tutaj

Zaczęło się zaskoczeniem, przynajmniej dla mnie. Nie zauważyłem nigdzie informacji, że ktoś zagra support przed Vavamuffin. Dowiedziałem się o tym dopiero gdy na scenę wyszli muzycy w niczym nie przypominających Pablopavo czy Gorga.




Z początku ich wizerunek sceniczny wydał się dość śmieszny, ale to nie przeszkodziło im w zagraniu dobrego muzycznie, ale też wizualnie, koncertu. Trzy wokale, w tym jedna pani i całe mnóstwo dobrych i porywających dźwięków.



Raggamoova to skoncentrowane brzmienia, szybkie nawijki i melodyjne refreny. Bardzo przyjemnie się słuchało, wizualnie było równie dobrze i... muzyka bujała tłumem. Mało kiedy support tak porywa publiczność jak tego wieczoru.


Jestem zadowolony. Podwójne zaskoczenie. Na początku, że w ogóle zagrali, a potem, że zagrali tak dobrze. Ja się świetnie bawiłem, mimo, że do pogo nie wchodziłem. Czas szukać wydarzeń tam gdzie jeszcze gra RAGGAMOOVA!













Raggamoova, Proxima, 8 kwietnia 2010.
Posted by Cochise

Dagadana


W poniedziałkowy wieczór zawiało wschodem. W warszawskim Powiększeniu kilkanaście minut po godzinie dwudziestej zagrał zespół Dagadana.
Spektakl muzyczny był polsko-ukraińską mieszanką folku, jazzu i elektroniki. Zespół to trio, ale w ten wieczór zagrali w czwórkę, a potem nawet w więcej osób.


Na pierwszy plan wysuwał się Mikołaj Pospieszalski z "tych Pospieszalskich". Wielki kontrabas, a potem gitara basowa wybijały się niskimi dźwiękami w powiększeniową przestrzeń.



Pozostała część Dagadany, czyli Dana Vynnytska (wokal, klawisze) i Daga Gregorowicz (wokal, elektronika)- od których imion powstała nazwa zespołu - wspaniale operowały zarówno swoimi głosami jak i instrumentami, na których grały.



Pod koniec koncertu jako niespodzianka na scenę wszedł wokalista Afrokolektywu i zaśpiewał jeden utwór. Razem brzmieli zadziwiająco dobrze.




Koncert tego zespołu to ciekawe nie tylko wizualnie i słuchowo wydarzenie. Każdy mógł zostać członkiem zespołu podczas utworu, do którego Trio zaprosiło osoby z publiczności. Ludzie, którzy weszli na scenę dostali najróżniejsze przeszkadzajki. Było też dużo balonów, które swoim dźwiękiem (pocierania gumą o rękę) dopełniały małej kakofonii dźwięków.


Koncert zaliczam do bardzo udanych. Miło się słuchało, oglądało i uczestniczyło w czymś bardzo ciekawym. Muzyka była czysta technicznie i "mądrze" skomponowana. Mała sala Powiększenia dodawała klimatu, a ludzie bawili się doskonale. Powtórka jak najbardziej wskazana!






Dagadana, 29 marca 2010, Powiększenie.
czwartek, 1 kwietnia 2010
Posted by Cochise

Popular Post

Blogger templates

Paweł "Cochise" Kociszewski. Fotografia koncertowa/muzyczna. Wszelkie prawa zastrzeżone. Obsługiwane przez usługę Blogger.

Flickr

- Copyright © FotoFosa -Metrominimalist- Powered by Blogger - Designed by Johanes Djogan -