Pokazywanie postów oznaczonych etykietą palladium. Pokaż wszystkie posty

The Blind Boys of Alabama


Ośmiu mężczyzn, prawie wszyscy niewidomi (jak sama nazwa zespołu wskazuje) i niezwykły koncert mieszanki gospel i dobrego, amerykańskiego bluesa. Tak wyglądało poniedziałkowe Palladium w Warszawie.

Klub przywitał mnie niemiłym zapachem na początku i pustkami. Chyba podczas bardziej obleganych koncertów po prostu czuć więcej potu i dymu papierosowego. Jednak pusta sala nie była zaskoczeniem dla mnie. Nie spodziewałem się wielkiej ilości widzów, bo zespół w Polsce jest niezbyt znany. Dopiero później okazało się, że sala została zapełniona prawie w całości. Zostało kilka wolnych miejsc... siedzących. Bo wszystkie były siedzące.

Kilka minut po godzinie 20:00 na scenę weszli (a właściwie zostali wprowadzeni) gwiazdorzy tego wieczoru. Na początku Jimmy Carter powitał przybyłych (z ciekawym amerykańskim akcentem, takim jak można usłyszeć na starych filmach z USA). Bardzo się ucieszył, że dostał wielkie brawa. Zaczęli grać.

Zespół został założony w roku 1939, więc panowie nie są już młodzieniaszkami (co chwilę musieli przysiadać na przygotowanych krzesłach), ale wigoru to mają po dostatkiem. Nawet sobie czasami poskakali (iha!). Jedyny, który czasami wstawał z miejsca był Bishop Billy Bowers. Ale to już zdjęcia wyjaśnią dlaczego. Chyba się nie zdziwicie. No i jeszcze perkusista! :)

Po płytach spodziewałem się lekkiego bluesowego zamulania, ale nie! Panowie zagrali koncert z wielką energią. Mimo wieku doskonale dawali sobie radę na scenie, mieli świetny kontakt z publicznością, a ich muzyka była, że tak powiem... czarująca. Niesamowita mieszanka muzyki gospel, która chwali Boga we wszystkich osobach, z bluesem w czystej postaci. Blusem sygnowanym logiem Ju-Es-Ej.

Mnie oczarowało, ale przede wszystkim zaskoczyło. Niestety gorączka, która katowała mnie od rana nie pozwoliła wysłuchać Panów do końca. Jednak jestem bardzo zadowolony, że udało mi się być w Palladium i widzieć kawał dobrego koncertu!

A tutaj tradycyjnie kilka zdjęć. A, że światło było idealne...









































Rok koncertowy się rozkręca. Coraz lepsze koncerty, coraz milej w fosie.
Oby tak dalej!

Kto: The Blind Boys of Alabama
Kiedy: 17 stycznia 2011
Gdzie: Palladium (Warszawa)
poniedziałek, 17 stycznia 2011
Posted by Cochise

StarGuardMuffin


Bednarkomania w Polsce osiągnęła punkt krytyczny. Musiało to się skończyć wielką ilością koncertów w całym kraju. Na Warszawę też padło i dzisiaj StarGuardMuffin wystąpił w stołecznym klubie Palladium.

Tak jak przewidywałem - tłumy fanek i fanów z całej stolicy ściągnęły w czwartkowy wieczór do klubu Palladium. Tylu ludzi w tym klubie jeszcze nie widziałem, a byłem tam już dużo razy. Było ciasno, owszem, ale żebym nie mógł się dostać normalną drogą do fosy... Sala pękała w szwach, a ja właziłem cały czas bocznym wejściem, w którym nawet minąłem sławnego Kamila Bednarka. Nie, nie miałem gęsiej skórki.

Tak czy inaczej koncert zaczął się o 19:20 (ech, widok wielkiej kolejki sięgającej pasażu Wiecha jeszcze przed 19:00 był taki... uroczy). Na początku krótkim setem przywitał zebrane w sali baranki Bednarka zespół Raggafaya. Koncert w sam raz na support. Gwiazdami nie są i pewnie nigdy nie będą, ale jako tak zwany rozgrzewacz byli nieźli. Rozpocili całe te tłumy gorących nastolatek. Właśnie, co do frekwencji... nastolatki w wieku 14-17 lat w rodzaju żeńskim zdecydowanie przeważały, ale można było spotkać też kilkuletnie dzieciaki z rodzicami, starsze panie i nawet kilku panów w sędziwym wieku. Ogólne przemieszanie wiekowe.

Gdzieś po 20:00 na scenę weszli długo oklaskiwani (taaa, już na początku) i wyczekiwani StarGuardMuffin. W tym momencie zacząłem żałować, że nie włożyłem stoperów do uszu. Pisk, krzyk, wrzawa - tak można opisać wrażenia słuchowe po wejściu Kamila na scenę.

Byłem bardzo ciekawy co to ten "Bednarek i koledzy". Po kilku minutach i kilkunastu, może kilkudziesięciu strzałach w stronę Kamila i kapeli doszedłem do wniosku, że chłopaki chorują na "Zespół Biebera". Większość ich uwielbia, reszta nienawidzi, a ci pozostali to ochroniarze. Kamil to właśnie taki Justin Bieber polskiej sceny. Niby głos ma niezły (trzeba przyznać), niby koncerty robi bardzo interaktywne z publicznością (ale mi nie podobały się hasła "Lubicie podróżeeee?", "Macie przyjaciółłłłł?", czy "Zielooona podróóóóż! Jeee!" - co my w Disneylandzie jesteśmy?), kapela rżnie nawet znośne riffy, ale... nie czuć tej muzyki. Myślałem, że reggae to muzyka płynąca z serca, a nie z TVN'u.

Piszę dlatego takie niepochlebne słowa, bo po burzy bednarkowej spodziewałem się naprawdę czegoś co skopie mi tyłek. A tu dupa... A to pomasowało, pomasowało i zostawiło cholerny niedosyt. Zresztą to tylko moje zdanie, którego nie musicie podzielać. Nawet w komentarzach mi możecie "pohejtować".

A tu zdjęcia:













Aaaa... No i dostali piękną platynę. To jedyna rzecz, która błyszczała tego "pięknego" wieczoru.














I współczuję tym, którzy zaczęli słuchać reggae od Bednarka, a o nazwiskach takich jak Marley, czy Tosh tylko czytali. :)

Mimo wszystko miło było powrócić do fosy (co prawda dziwnej, bo fosiarze robili zdjęcia praktycznie tylko tłumowi. Jedyny który dzielnie trwał na swoim stołeczku przed Bednarkiem był Artur R. :] ) ale zawsze fosy!

Kto: StarGuardMuffin
Kiedy: 13 stycznia 2011
Gdzie: Palladium (Warszawa)
piątek, 14 stycznia 2011
Posted by Cochise

Coma symfonicznie


Tego wieczoru warszawskie Palladium miało należeć do Piotra Roguckiego i jego zespołu. Spadł śnieg i... Wszystko zaczęło się dziwnie mieszać i komplikować...

Najpierw informacja o koncercie. Na biletach i stronie Palladium napisane było, że zaczną grać o 19:00. O tej godzinie byłem pod klubem i zobaczyłem tylko wielką kolejkę pod drzwiami. Ciągnęła się jakieś 200-250m. Gdy o 19:00 drzwi zostały otworzone, ludzie wchodzili przez 40 minut. Nie wiem dlaczego. Dziwna sytuacja. Zazwyczaj ludzie siedzą w środku i raczą się złotym napojem. A dzisiaj... Coma kazała czekać na siebie po raz pierwszy.

Następnie problemy z fotopassem. Jak się później okazało nie tylko ja je miałem, ale każdy fotograf na koncercie. Szczęśliwie udało się wejść i... tylko dwa utwory. Żeby nie zasłaniać siedzącej publiczności.





























Koncert słaby. Coma to mocne riffy, niesamowita gra Witczaka i krzyczący głos Roguca. Dzisiaj nie było niczego. Niby fajnie wszystko brzmiało przy akompaniamencie orkiestry, ale brakowało kopa. Nigdy nie widziałem słabiej zagranych coverów własnych utworów.

Może Rogucki miał zamysły na zrobienie takiego mettalikowego S&M, ale to nie ta liga. Mi się nie podobało. Wyszedłem przed końcem. Ciekawy jestem jak odebrali to inni.

Do tego wszystkie miejsca były siedzące. W pewnym momencie jakieś młode fanki wyskoczyły na małe pogo pod scenę, na co Rogucki powiedział, że ładnie wyglądają, ale że zasłaniają innym i niech sobie staną z boku... bo to on jest gwiazdą. Cóż... tego w Roguckim nie znoszę.

A tu jeszcze setlista:

T.B.T.R.
08 wojna
Świadkowie
Trujące Rośliny
Popołudnia bezkarnie cytrynowe
Pierwsze wyjście z mroku
Transfuzja
System
D.D.D.D.
F.T.P.
Zamęt
Spadam
Joozek
Święta

Pasażer
F.T.M.O.
100 000 tysięcy

Kto: Coma
Kiedy: 27 listopada 2010
Gdzie: Palladium (Warszawa)
niedziela, 28 listopada 2010
Posted by Cochise

Hypnotic Brass Ensemble



Dziewięciu czarnoskórych muzyków na jednej scenie. Hypnotic Brass Ensemble zostało wezwanych aby pokazać polakom jak się gra prawdziwą muzykę. Wystąpili w warszawskim Palladium.

Koncert rozpoczął się nietypowo, bo przed 22:00. Już od pierwszych minut czuć było niesamowitą energię. Rozpoczęli (tak mi się przynajmniej wydaje) kawałkiem "War". A potem? Wszystkie najlepsze utwory kolektywu. Bracia Cohran starali się jak mogli, żeby polska publika się nie nudziła. Udawało im się to znakomicie. Wielka energia, świetna muzyka, rapowane czasami utwory... Dmuchali z całych sił w swoje dęciaki.






















Ogólnie było bardzo ciemno, więc zdjęcia nie są może zbyt piękne i wiele na nich szumów. Cały czas słabe światło opadało na muzyków, ale właśnie to nadało klimat koncertowi. Zdecydowanie mogę go zaliczyć do kategorii "powtórzyć".

A tu jeszcze pięciominutowe video z koncertu. Mało słychać, ale pokazuje jak było.



A tutaj sam początek nagrany przez któregoś fana:



Kto: Hypnotic Brass Ensemble
Kiedy: 19 listopada 2010
Gdzie: Palladium (Warszawa)
sobota, 20 listopada 2010
Posted by Cochise

Popular Post

Blogger templates

Paweł "Cochise" Kociszewski. Fotografia koncertowa/muzyczna. Wszelkie prawa zastrzeżone. Obsługiwane przez usługę Blogger.

Flickr

- Copyright © FotoFosa -Metrominimalist- Powered by Blogger - Designed by Johanes Djogan -