Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hard rock. Pokaż wszystkie posty

Seven Festival 2011: Cochise



Znowu ciemno się zrobiło. Ale dochodzimy do ciekawostki tego festiwalu. Bardzo chciałem zobaczyć jak na żywo wypadnie zespół, który jest kojarzony prawie wyłącznie z tego, że gra tam Paweł Małaszyński (a nie Deląg, jak przekornie skandowali ludzie przed barierkami :] ).

Nie było tak źle jak myślałem. Co prawda Małaszyński ma bardzo wąski zakres skal i śpiewanie wychodzi mu przy wyższych tonacjach dość komicznie, ale muszę przyznać, że dali radę. Zespół Cochise, bo o nim mowa, dobiera sobie bardzo sprytnie repertuar i gra pod swojego sławnego "wokalistę". Nawet cover Danziga, który zagrali wypadł całkiem nieźle. Nie kaleczyli uszu zbyt mocno, mieli energię na scenie, instrumentalnie też niczego sobie. Jestem pod wrażeniem. Ciemno tylko było, co mi przeszkadzało w większym lub momentami w mniejszym stopniu, ale Panie i Panowie... Cochise nie jest złe. Mimo wszystko to dalej zapychacz dziury w line-upie :)























Kto: Cochise
Kiedy: 10 lipca 2011
Gdzie: Seven Festiwal (Węgorzewo)




czwartek, 14 lipca 2011
Posted by Cochise

Wishbone Ash



Wishbone Ash, czyli jak mieć 60 lat i dalej potrafić skopać tyłki na scenie. Panowie wystąpili w Proximie, przy dość niedużej publiczności, ale koncert był świetny. Dobra odskocznia od piątku i Młynarskiego.

Nie bez powodów gitarzyści z pierwszego składu zostali wybrani najlepszym duetem gitarowym przez Rolling Stone'a. Co prawda zmieniali się do dnia dzisiejszego wiele razy, ale partie zostały już rozpisane. Przynajmniej te starsze. Dwie gitary solowe w zespole nie zawsze brzmią tak jak powinny, ale tutaj... sama słodycz.

Zagrali największe swoje przeboje razem z (bo jakby inaczej) "The King Will Come" przy, którym były chyba największe brawa, czy "Phoenix", którego tłukli prawie 15 minut. Dokładna setlista jest na końcu strony. Na bis jeszcze dwa kawałki z ich bluesowego okresu.

Wishboni nie są może zbyt ekspresyjni na scenie, ale za to grają świetną muzykę. Poza tym znowu potwierdza się moja teoria, że im zespół starszy, tym lepiej gra.

A było tak:


















































Warunki foto tak jak myślałem wcześniej. Ale nie spodziewałem się, że do małej fosy ktoś włoży jeszcze dwa niskotonowce. Dobrze, że było nas tylko pięciu, bo byśmy się podusili ;)


I jeszcze setlista:
Blowin Free
Bona Fide
You See Red
The Power
Can't Go It Alone
Warrior
Throw Down The Sword
FUBB
In Crisis
Dreams Outta Dust
Northern Lights
Disappearing
Front Page News
The King Will Come
Reason To Believe
Engine Overthat
Phoenix


Kto: Wishbone Ash
Kiedy: 26 lutego 2011
Gdzie: Proxima (Warszawa)




niedziela, 27 lutego 2011
Posted by Cochise

Thin Lizzy


Kolejne święto dla fanów starego rocka. Tym razem trochę łagodniejsze granie niż Accept. Stodołę odwiedziła irlandzka kapela Thin Lizzy.

Irlandczycy grają razem od 1969 roku, ale w ich szeregach nastąpiło dużo zmian. Przede wszystkim śmierć Philla Lynotta, który był charakterystyczną dosyć postacią w Thin Lizzy. Na koncercie bardzo brakowało jego charyzmy. Właściwie tylko jeden człowiek jest tam prawie od początku (Scott Gorham - gitara). Tak więc wszystko się zmienia w składzie. A muzyka?

Brzmienie dużo mocniejsze niż na płytach. Wszystko zagrane ostrzej, bardziej gitarowo i zdecydowanie nowocześniej. Wokalista zupełnie mi nie pasował jeżeli chodzi o śpiew, ale nadrabiał za to energią.

Koncert mógłbym ocenić jako dobry, bo mimo wszystko nie porwał mnie tak jak oczekiwałem. Nawet sławne "Whiskey in the jar", czy jeden z moich ulubionych kawałków "The Boys are Back in Town" jakoś nie zachwyciły mnie tak jak to bywało z płytami, czy teledyskami zobaczonymi gdzieś na youtube (mówię o tych starych video z 76'). Jeśli jednak ominąć porównania nowego Thin Lizzy do starego, to było bardzo przyjemnie i dzięki zespołowi, że przyjechał uszczęśliwić mi życie!

A support... Panowie przyjechali z Arizony i nazywają się Supersuckers. Żadnej nowości nie przywieźli, ale to nie znaczy, że zagrali źle. Podobali mi się i wnieśli dużo, dużo energii. Taki ubogi rock and rollowy Motörhead (bo przeoczyć podobieństwo nie sposób).

































Na koniec jeszcze setlista. Jak dla mnie idealna i nie wyobrażam sobie innych utworów. Jestem z tego jak najbardziej zadowolony. Ostatni utwór został zagrany ze specjalną dedykacją dla zmarłego przed kilkoma dniami Gary'ego Moora (w pewnym okresie był to gitarzysta Thin Lizzy).


Are You Ready
Waiting For An Alibi
Do Anything You Want To
Don't Believe A Word
Dancing in the Moonlight (It's Caught Me in Its Spotlight)
Massacre
Angel of Death
Still In Love With You
Whiskey in the Jar
Emerald
Wild One
Sha-La-La
Cowboy Song
Boys Are Back in Town

Encore:
Killer On The Loose
Rosalie/Cowgirl's Song

Encore 2:
Black Rose
(dedykacja dla Gary'ego Moora)


PS. Narzekać można było tylko czasami na światła i ustawione na wysokości mojego czoła wielkie odsłuchy, które nie tylko mi utrudniały pracę.

Kto: Thin Lizzy + Supersuckers
Kiedy: 7 lutego 2011
Gdzie: Stodoła (Warszawa)




wtorek, 8 lutego 2011
Posted by Cochise

Popular Post

Blogger templates

Paweł "Cochise" Kociszewski. Fotografia koncertowa/muzyczna. Wszelkie prawa zastrzeżone. Obsługiwane przez usługę Blogger.

Flickr

- Copyright © FotoFosa -Metrominimalist- Powered by Blogger - Designed by Johanes Djogan -