Thin Lizzy


Kolejne święto dla fanów starego rocka. Tym razem trochę łagodniejsze granie niż Accept. Stodołę odwiedziła irlandzka kapela Thin Lizzy.

Irlandczycy grają razem od 1969 roku, ale w ich szeregach nastąpiło dużo zmian. Przede wszystkim śmierć Philla Lynotta, który był charakterystyczną dosyć postacią w Thin Lizzy. Na koncercie bardzo brakowało jego charyzmy. Właściwie tylko jeden człowiek jest tam prawie od początku (Scott Gorham - gitara). Tak więc wszystko się zmienia w składzie. A muzyka?

Brzmienie dużo mocniejsze niż na płytach. Wszystko zagrane ostrzej, bardziej gitarowo i zdecydowanie nowocześniej. Wokalista zupełnie mi nie pasował jeżeli chodzi o śpiew, ale nadrabiał za to energią.

Koncert mógłbym ocenić jako dobry, bo mimo wszystko nie porwał mnie tak jak oczekiwałem. Nawet sławne "Whiskey in the jar", czy jeden z moich ulubionych kawałków "The Boys are Back in Town" jakoś nie zachwyciły mnie tak jak to bywało z płytami, czy teledyskami zobaczonymi gdzieś na youtube (mówię o tych starych video z 76'). Jeśli jednak ominąć porównania nowego Thin Lizzy do starego, to było bardzo przyjemnie i dzięki zespołowi, że przyjechał uszczęśliwić mi życie!

A support... Panowie przyjechali z Arizony i nazywają się Supersuckers. Żadnej nowości nie przywieźli, ale to nie znaczy, że zagrali źle. Podobali mi się i wnieśli dużo, dużo energii. Taki ubogi rock and rollowy Motörhead (bo przeoczyć podobieństwo nie sposób).

































Na koniec jeszcze setlista. Jak dla mnie idealna i nie wyobrażam sobie innych utworów. Jestem z tego jak najbardziej zadowolony. Ostatni utwór został zagrany ze specjalną dedykacją dla zmarłego przed kilkoma dniami Gary'ego Moora (w pewnym okresie był to gitarzysta Thin Lizzy).


Are You Ready
Waiting For An Alibi
Do Anything You Want To
Don't Believe A Word
Dancing in the Moonlight (It's Caught Me in Its Spotlight)
Massacre
Angel of Death
Still In Love With You
Whiskey in the Jar
Emerald
Wild One
Sha-La-La
Cowboy Song
Boys Are Back in Town

Encore:
Killer On The Loose
Rosalie/Cowgirl's Song

Encore 2:
Black Rose
(dedykacja dla Gary'ego Moora)


PS. Narzekać można było tylko czasami na światła i ustawione na wysokości mojego czoła wielkie odsłuchy, które nie tylko mi utrudniały pracę.

Kto: Thin Lizzy + Supersuckers
Kiedy: 7 lutego 2011
Gdzie: Stodoła (Warszawa)




wtorek, 8 lutego 2011
Posted by Cochise

Accept


Accept podtrzymuje moją teorię, że prawdziwego hard rocka mogą grać tylko zespoły, które są na scenie kilkadziesiąt lat. Panowie mimo swojego wieku dalej potrafią roznieść na koncertach wszystko i wszystkich.

To był dobry koncert. Mimo, że nie jestem jakimś wielkim fanem Accept to przyznam, że pod względem energii i muzyki był to jeden z lepszych koncertów na jakich byłem. Świetne wykonanie niezłej setlisty, naturalność na scenie... widać było, że muzycy dobrze się bawią.

Zmiana wokalisty nie zmieniła brzmienia kapeli. Mark Tornillo idealnie wpasował się za Udo Dirkschneidera.

Fani bawili się świetnie. Wynika to zarówno z moich obserwacji jak i z komentarzy po koncercie. Panowie jak widać nadal potrafią potężnie zagrać.






































I na koniec jeszcze setlista:



A tu film nagrany na koncercie. Jakość nie jest cudowna, a dźwięku praktycznie nie ma. To tylko żeby zobaczyć jak panowie zachowywali się na scenie. Najlepiej w ogóle wyciszyć youtuba i puścić sobie Accept z płyty. ;]




Kto: Accept
Kiedy: 5 lutego 2011
Gdzie: Stodoła (Warszawa)




niedziela, 6 lutego 2011
Posted by Cochise

Steelwing


Święto dla fanów mocnego grania. Ale zanim na scenę wyszli panowie z kapeli Accept to usłyszeliśmy młodych szwedów.

Nie dało się nie usłyszeć inspiracji Iron Maiden. Steelwing zarówno głosem wokalisty jak i gitarowymi riffami próbował naśladować brytyjczyków. Całkiem dobrze im to granie wychodziło. Latające, rozwiane włosy, wszechobecny jeans, skóra... Hard rock!























Kto: Steelwing
Kiedy: 5 lutego 2011
Gdzie: Stodoła (Warszawa)




Posted by Cochise

Skeletor Ribz

Warsaw Punk Atak vol 11 w klubie Punkt&Radio Luxembourg. Głośno, punkowo i tylko chwilami dobrze.

Ale tak to już jest, że młode zespoły punkowe grają tylko tak, żeby było głośno i chcą dużo, dużo anarchii na koncertach. Ciężko znaleźć coś godnego uwagi. Może to tylko moje zdanie, bo dla mnie legendą polskiego punka jest KSU i jakoś samoistnie wszystkich porównuję do ustrzyckiej kapeli.

A co do koncertu. Ciemno, jak to zwykle w P&RL i mało ludzi. Chociaż miałem wrażenie, że tym razem przyszło więcej osób niż zawsze.

Kilka zdjęć pierwszego zespołu, który wystąpił - Skeletor Ribz. Obejrzałem tylko dwa z czterech występów, bo nie dałem rady dalej męczyć uszu. Zbyt słabo jak na muzykę, za to idealnie na schlanie się i szaleństwa w punkowym pogo.



















A na koniec trochę zabawy zoomem i czasem.






Kto: Skeletor Ribz
Kiedy: 4 lutego 2011
Gdzie: Punkt&Radio Luxembourg(Warszawa)





piątek, 4 lutego 2011
Posted by Cochise

Popular Post

Blogger templates

Paweł "Cochise" Kociszewski. Fotografia koncertowa/muzyczna. Wszelkie prawa zastrzeżone. Obsługiwane przez usługę Blogger.

Flickr

- Copyright © FotoFosa -Metrominimalist- Powered by Blogger - Designed by Johanes Djogan -